środa, 20 lutego 2013

"Fotografia Kulinarna" Nicole Young

Na to wygląda, że rok 2013 będzie rokiem recenzji, bo oto druga recenzja książki o fotografii kulinarnej, a w kolejce już czekają kolejne. Ahhhh żeby czasu było więcej...

Po mini recenzji książki autorstwa Helen Dujardin "Ujęcia smaku" przyszedł czas na kolejną książkę traktującą o tematyce fotografii żywności, a mowa tu o książce "Fotografia Kulinarna - od zdjęcia do arcydzieła"

Z książką Helen Dujardin obcowałem ponad 6 miesięcy zanim zabrałem się do pisania swoich spostrzeżeń. Inaczej się sprawa ma z książką Nicole Young, którą mam zaledwie 10 tygodni, a recenzje której mógłbym napisać już po pierwszym tygodniu.

Ciekawym spostrzeżeniem jest nie tylko identyczny rozmiar obu książek ale i ta sama liczba stron 288  :) poza tym różnic między książkami nie ma gdyż są to dwie różne historie...

Na pierwszy rzut oka, książka wygląda na dużo ciekawszą, od książki Helen Dujardin, jest bardzo kolorowa,  przyciąga do siebie jak tęcza. Po 5 minutowych oględzinach odłożyłem książkę na bok, zadając sobie pytania, czy to co myślę okaże się prawdą, po czym za goooglowałem i okazało się że jest.

Czy zauważasz różnicę między fotografiami Nicole i Helen?

Podczas gdy zastanowisz się nad powyższym pytaniem podzielę się z Tobą moją opinią.
Książka Nicole nie urzekła mnie niestety, niestety ani trochę. Dla mnie treść jej książki to rozdział przez który już przebrnąłem, i chcę więcej.... pozwól, że wyjaśnię.

Nicole, jest stocker'ką czyli osobą dostarczającą swoje zdjęcia do fotobanków, toteż jej fotografie muszą spełniać konkretne wymagania techniczne i estetyczne. Każde zdjęcie musi być przekonywujące dla edytora i zachęcające do kupna.  Czy to coś złego? Nie. Ale taka fotografia mnie już nie interesuje. Bardzo jasno, sterylnie, nadzwyczaj kolorowo ... to cechy zdjęć Nicole, które nota bene są bardzo fajne, przyjemne w odbiorze i czytelne.

Brakuje mi w zdjęciach Nicole ekcytacji, tajemnic, mistycyzmu, momentów dumania, jest zbyt nudno, powtarzalnie i przewidywalnie.

Przy książce Helen wspomniałem, że mało miejsca autorka poświęciła pokazaniu  etapu obróbki komputerowej, przy książce Nicole, jest tego bardzoooo dużooo, co po raz kolejny potwierdza, że zdjęcia są przygotowywane pod oko edytora. Szczerze zdziwiło mnie kiedy zobaczyłem aż tak dużą liczbę działań nad fotografiami - jedzenia - nigdy w życiu nie obrabiałem zdjęcia na warstwach (moja praca kończy się na camera raw).  Połowa książki to edycja zdjęć w PS.

Przeczytałem kilka recenzji powyższej książki w sieci, dużo jest zachytów, och'ów i ach'ów, ale jakoś nie zachwyciły mnie schematy oświetlenia pokazane  przy zdjęciach, czy objaśnienia - omawiamy zdjęcie, gdzie autorka tłumaczy jak powstało zdjęcie i dlaczego użyła tego, a nie tamtego.

"Światło tylne jest najlepsze" zapomniano dodać "IMHO", gdyż jest to troszkę samolubne stwierdzenie. Niby dlaczego? Hmmm.... równie fajne jest światło boczne, fajne efekty daje światło niskie i poprzecznie ułożone, wyciągając teksturę podłoża.  Siedząc w restauracji przy oknie, mając potrawę przed sobą, mam światło boczne, zdjęcie wyjdzie fajnie, nie ma potrzeby przesiadania się przodem do okna po to by zrobić zdjęcie bo światło tylne jest najlepsze, bardzo często nie ma na to czasu, ani miejsca, a to tylko malutki głupiutki przykład.

Po raz kolejny w książce jest mało informacji, które zaciekawiły by mnie najbardziej, typu stylizacja, wykorzystanie, nabywanie, robienie samemu teł, rekwizytów, nietypowe stylizowanie, poszukiwanie stylu i światła. Bardzo chciałbym obszerniejszego rozdziału o świetle ciągłym, wciąż mało się o tym pisze, bo Ci co takie smaczki wiedzą, siedzą cicho.

Podobnie jak u Helen koło barw pojawiło się ale z minimalną ilością opisu i wyjaśnień. Szkoda.
Kadrowanie - ten sam bełkot co zawsze, trójpodziały, złote linie i inne reguły, to samo co w innych książkach. Nowością jest wzmianka o regule trójkąta (ja nazywam ją regułą ekierki) w stylizacji i rozmieszczaniu kluczowych elementów na talerzu.  Brak jednak wzmianek o regule rzędowej, o liczbach nieparzystych, o regule naprzemiennej z przesunięciem i innych ciekawych trickach pomagających w komponowaniu smakowitego kadru. Ani słowa o regułach wysokości, ani słowa o tworzeniu warstw przy komponowaniu sceny - bieda. Szkoda.

Widać, że autorka miała kontakt ze stylistą, albo pogłębia wiedzę o stylistyce, bowiem wspomniała w książce o elementach stylizacji takich jak zwiększanie objętości (niestety podała tu tylko sztuczny sposób), czy regulowanie warstw kanapki za pomocą tektury, co nie za bardzo pasuje do reszty treści książki.

Kolejne pytanie brzmi: Dla kogo ta książka?
Książka jest bardzo udana, to iż mnie rozczarowuje to tylko moje widzi-mi-się, jej treść mam już za sobą, ale ktoś kto zaczyna przygodę z fotografią żywności, ktoś kto chce zacząć sprzedawać swoje zdjęcia do fotobanków, ktoś kto czuję potrzebę fotografowania swoich kulinarnych podbojów na stronę www, bloga etc. z pewnością powinien się w tę książkę zaopatrzyć, i będzie z niej szczęśliwy.

Książka trafiła na półkę, a kiedy mam ochotę poczytać o fotografii żywności, prędzej w ręce wpada mi książka Helen, niż Nicole.

Odpowiadając na pierwsze pytanie (umieszczone na początku) różnice między fotografiami obu Pań są bardzo istotne, widoczne gołym okiem, brutalnie mógłbym je nazwać komercją kontra edytorialem, albo sterylnością kontra rustykalnością. Tak czy owak, to dwie różne drogi do tego samego celu - przedstawienia swojej wizji kulinarnego światka.

Obie książki, a także liczne dyskusje na forach internetowych skłoniły mnie do wielu przemyśleń i napisania kolejnego artykułu, również o fotografii żywności, gdyż wiele osób uważa że udana fotografia jedzenia to ta co jest sterylna, kolorowa, wystylizowana w sposób wręcz nie jadalny (czyt. nie wyobrażalny) i idealnie wyedytowana.  Zapraszam.



poniedziałek, 7 stycznia 2013

"Ujęcia ze smakiem" - Helen Dujardin

Po wygranej w konkursie wydawnictwa Helion "Ujęcia ze smakiem" za wygrane 300 zł zamówiłem sobie kilka upatrzonych książek, a wśród nich pozycję dla mnie obowiązkową czyli książkę Helen Dujardin o tym samym tytule.

Zanim napisałem poniższe słowa przeczytałem kilka polskich recenzji, a także angielskich nt. oryginalnej książki o tytule "Plate to Pixel".

Recenzje są różne, bo i gusta są różne. Zgodzę się z każdym kto twierdzi, okładka polskiej wersji niestety nie jest tak fajna jak oryginału. Polska wersja jest dość sterylna, zbyt nowoczesna i wg mnie przekombinowana, pozbawiona tego ciepłego i klimatycznego światła którym otoczone są gruszki na anglojęzycznej okładce książki.  Szkoda, skoro treść ta sama to i okładka mogłaby być taka sama.

Ale do rzeczy. Książkę magluję już od ponad pół roku, jak na ten czas jest już dość poniszczona, gdyż jedynym wolnym czasem na jej czytanie, jest czas na przerwach w pracy, toteż książka przez 6 m-cy nie opuściła mojego roboczego plecaka.

Autorka wygląda na bardzo sympatyczną, a z treści książki można wyczytać, że uwielbia to co robi, toteż na książkę spojrzałem przez pryzmat swoich marzeń (mi też się marzy napisanie kiedyś własnej książki).

Jak każdą książkę za którą się zabieram zaczynam od analizowaniu spisu treści, a potem wybieram sobie swoją kolejność przeglądania, zaczynając od najbardziej mnie interesujących rozdziałów idące dalej do tych które mógłbym w ogóle pominąć, ale ostatecznie rzucam okiem.


Cała książka napisana jest lekko i ciekawie, bez zbędnego technicznego bełkotu - którego nota bene wg mnie zawsze powinno się trochę znaleźć w każdej książce poradnikowej. Jednak niewiele, a praktycznie nic nie znalazłem dla siebie poza potwierdzeniem swojej dotychczasowej wiedzy i racji,
które często są przedmiotem kłótni i burzliwej konwersacji.

Rozdziały 1, 2, 5, i 8 przeczytałem pobieżnie, gdyż nic nowego, ani zaskakującego tam nie znalazłem. Zwłaszcza rozczarowujący wydaje się być rozdział 8. nt. post-produkcji, gdzie autorka praktycznie nie zdradza żadnych szczegółów swojego warsztatu. Szkoda.

Rozdział 3. o fotografii w świetle dziennym, również jakoś słabo opisany, jest wiele więcej informacji do powiedzenia na ten temat,  ale niestety tych informacji tu nie znalazłem (zresztą ja już to wiem).  Podobnie rozdział o fotografowaniu w świetle sztucznym, nie wiem czy autorka nie orientuje się jak to robią inni, czy po prostu ją to nie interesuje, ale tak obszerny dział o bardzo istotnym elemencie jakim jest światło jest bardzo, bardzo skromniutki. I znowu szkoda, wielka szkoda, bo po raz kolejny miałem nadzieję dowiedzieć się jak to robią inni, lepsi ode mnie.

Rozdziały 6. i 7. mnie również rozczarowują, nic nowego. Mógłbym do każdego z tych rozdziałów dopisać co najmniej 10-20 stron - i nie żebym był przemądrzały - ale nie ma tam np. konkretnego opisu bardzo istotnego elementu jakim jest zarządzanie i gra barwami/kolorami, jakieś tam koło barw jest zilustrowane ale bez opisu, wyjaśnień, przykładów, które dla mnie są bardzo pomocne.

Po napisaniu wszystkiego powyżej, jasno mogę stwierdzić: książka jest napisana dla początkującego fotografa żywności - zawiera wszystkie informacje niezbędne do rozpoczęcia przygody z fotografią jedzenia.

Ziarnko goryczy.
Autorka jest amatorką, ja również, stąd ośmielę się skrytykować niektóre ze zdjęć, które ewidentnie odstają od reszty. Na początek zdjęcie ze strony 73, bedące wg mnie totalną porażką, wstydziłem się pokazywać zdjęcia lepsze od tego, stąd wielkie zdziwienie, że takie zdjęcie ukazało się w druku, a zastanawiające jest dlaczego autorka nie poradziła sobie z tak prostym zdjęciem, nie wiele tam trzeba było by wyszło ono idealnie - prosty ekran rozpraszający od strony światła słonecznego i biała blenda naprzeciw - sprawa rozwiązana, czyż nie???

Równie słabe są zdjęcia zaprezentowane w rozdziale o oświetleniu sztucznym, zdjęcia ze stron 88, 98, 99,  od 101 do 109 - nie prezentują światła sztucznego jako bardzo użytecznego.

Jako kucharz, nie mogę autrce - cukierniczce, rodowitej Amerykance wybaczyć zdjęcia na stronie 223, samo zdjęcie nie jest ciekawe bo ciemne, ale odrobinkę irytuje mnie hamburger, złożony odwrotnie, kto choć raz jadł cheeseburgera, wie gdzie znajduje się ser w takiej kanapce :)

Odrobina słodyczy.
Na koniec pochwalę autorkę, za swoją skromność, bo dała temu wyraz w kilku fragmentach książki, za fotografie pokazujące jej typowy dzień pracy,  jej domowe studio i jej styl, za moje lubione fotografie w książce: gruszki na 53 stronie, marchwie na 61, flan na 86, słodki mus na 120, granaty na 175, pomidory na 176,   mini bakłażany na 205, ciastka czekoladowe na 228,  herbata na 237

A jakie są Wasze spostrzeżenia?




wtorek, 1 stycznia 2013

2013

2012 minął, rozpoczął się 2013 rok. W ubiegłym roku, z wielu, wielu powodów, nie aktualizowałem bloga, co wiele osób zrozumiało jako porzucenie. Krótko wyjaśniam >> to jeszcze nie koniec. Zapraszam do ponownego zaglądania. Do przeczytania. Pozdrawiam