Wreszcie! :)
Cieszę się co najmniej jakbym stanął na Mont Everest. Po ponad 5 latach fotografowania jedzenia, przyszła nagroda, przyszło wyróżnienie, osiągnąłem to o co mi w fotografii żywności chodziło, dostać się do najważniejszej agencji macro z fotkami jedzenia. Jeden z moich większych celów życiowych osiągnięty. Czas zdobywać kolejne. Radośnie pozdrawiam i do przeczytania niebawem.
wtorek, 10 stycznia 2012
środa, 2 listopada 2011
Self marketing, self promotion
Lato sprzyja kontaktom i ciekawym znajomościom.
Historyjka którą zaraz opowiem jest dość długa, a ja ani nie mam ochoty jej całej pisać, ani Ty pewnie jej czytać więc tam gdzie to mało istotne skrócę ją do minimum.
Praca w kuchni kantyny portowej, ma tę wielką zaletę że jest dosłownie dwustronna, tj. kuchnia mieści się w centrum budynku, z przodu jest część sklepowo-jadalna dla portowców, z tyłu część jadalna dla kierowców.
Po stronie kierowców pojawia się mnóstwo ludzi z krajów całego świata(również rodacy z Polski), co sprzyja nowym znajomościom. Bla bla bla tu trochę pominę.
Poznałem Anglika, kierowca, trochę handlarz samochodami. Po gadce szmatce o fotografii, moim hobby pewnego dnia opowiedział mi o studio swojej córki i jej męża, i tu również pominę informacje nie istotne.
Pewnego dnia zaprosił mnie do tego studia, podczas jakiegoś tam wielkiego festynu nad rzeką. Oczywiście się pojawiłem. Z kawą w ręku obejrzeliśmy studio - ale jakie studio (mało efektowne z wyglądu, ale istna maszynka do robienia pieniędzy, no i jakie wyposażenie, apple mac, bowensy, cyfrowa mamiya:)), przy okazji dowiedziałem się, że obecnie mój znajomy kierowca zarabia na sztuce! O!
Kupuje na "car boot sale" niedocenione niby dzieła i sprzedaje uwaga od 50 do nawet 500 razy drożej niż kupił. Gadka szmatka oglądamy studio i pojawia się profesjonalny kamerzysta, gadamy sobie o fotografii i filmowaniu, Pan kamerzysta po usłyszeniu rekomendacji od kolegi kierowcy świeci oczami, już mamy się rozejść kiedy pada pytanie "czy dałby mi Pan kilka wizytówek" oooops? Przecież ja nie mam wizytówek! Shit! Taka klęska, oczywiście skłamałem, że miałem tylko 5 ze sobą i wszystkie już rozdałem, więc słyszę "o jaka szkoda mam kilka par które szukają fotografa" k....a mać była szansa na zlecenie... dupa blada.
Maszerujemy dalej, kawa już letnia, prawie wypita, gadamy o promocji, kolega kierowca jakby zorientowany w sytuacji pewnym tonem daje mi słuszne rady: "Tomek strona www, wizytówka, flyer i socialising to podstawa, chłopie do roboty jeśli myślisz o tym poważnie", potakuje i idziemy dalej, dopada nas zięciu Pana kierowcy i jego towarzysz, szef okolicznego studio. I "de ja vu" znowu błyszczę w oczach zainteresowanego szefa studia i czuję się co najmniej jak bez języka i rąk, nie wiem co mam powiedzieć i co robić. Kolega kierowca wyciąga mnie z opresji i uśmiecha się. Rzucam kubek z resztką zimnej kawy(i tak mi nie smakowała) i spadam do domu.
Cały dzień czułem się beznadziejnie. Przez noc zamiast spać, zagoooglowałem badając co, jak i gdzie, po czym po krótkiej analizie doszedłem do prostego wniosku: k....a mać muszę się wziąć do roboty i zabrać za promocję własnej osoby, a więc koniecznie strona po angielsku na serwerach UK, koniecznie mnóstwo oryginalnych wizytówek, parę ulotek typu Z-card i najtrudniejsze, muszę bywać tam gdzie mam szansę na kontakty i zlecenia - pokazy, wystawy, wernisaże, szkolenia, darmowe promocje i prezentacje, uff sporo tego, ale powoli.
O mocy tych 4 elementów przekonał mnie lokalny fotograf, który dwa dni później otworzył studio na głównej ulicy w miasteczku w którym mieszkam. Z ciekawości wszedłem, najpierw obserwowałem (plik wizytówek zmniejszał się co 10 minut), potem pogadałem i wyszedłem... z jeszcze większą depresją :)
Czoło do góry i niebawem napiszę co dalej.
ps. tydzień później zięciu Pana kierowcy podsyła mi ciekawego maila, pisze co i gdzie i jak zrobić - tak informacyjnie w razie gdybym nie był lokalnie zorientowany i podaje adres pewnego studia, którego właściciel słynie z "mentoringu" i opieki nad młodymi talentami fotograficznymi. He he jest nadzieja!
Historyjka którą zaraz opowiem jest dość długa, a ja ani nie mam ochoty jej całej pisać, ani Ty pewnie jej czytać więc tam gdzie to mało istotne skrócę ją do minimum.
Praca w kuchni kantyny portowej, ma tę wielką zaletę że jest dosłownie dwustronna, tj. kuchnia mieści się w centrum budynku, z przodu jest część sklepowo-jadalna dla portowców, z tyłu część jadalna dla kierowców.
Po stronie kierowców pojawia się mnóstwo ludzi z krajów całego świata(również rodacy z Polski), co sprzyja nowym znajomościom. Bla bla bla tu trochę pominę.
Poznałem Anglika, kierowca, trochę handlarz samochodami. Po gadce szmatce o fotografii, moim hobby pewnego dnia opowiedział mi o studio swojej córki i jej męża, i tu również pominę informacje nie istotne.
Pewnego dnia zaprosił mnie do tego studia, podczas jakiegoś tam wielkiego festynu nad rzeką. Oczywiście się pojawiłem. Z kawą w ręku obejrzeliśmy studio - ale jakie studio (mało efektowne z wyglądu, ale istna maszynka do robienia pieniędzy, no i jakie wyposażenie, apple mac, bowensy, cyfrowa mamiya:)), przy okazji dowiedziałem się, że obecnie mój znajomy kierowca zarabia na sztuce! O!
Kupuje na "car boot sale" niedocenione niby dzieła i sprzedaje uwaga od 50 do nawet 500 razy drożej niż kupił. Gadka szmatka oglądamy studio i pojawia się profesjonalny kamerzysta, gadamy sobie o fotografii i filmowaniu, Pan kamerzysta po usłyszeniu rekomendacji od kolegi kierowcy świeci oczami, już mamy się rozejść kiedy pada pytanie "czy dałby mi Pan kilka wizytówek" oooops? Przecież ja nie mam wizytówek! Shit! Taka klęska, oczywiście skłamałem, że miałem tylko 5 ze sobą i wszystkie już rozdałem, więc słyszę "o jaka szkoda mam kilka par które szukają fotografa" k....a mać była szansa na zlecenie... dupa blada.
Maszerujemy dalej, kawa już letnia, prawie wypita, gadamy o promocji, kolega kierowca jakby zorientowany w sytuacji pewnym tonem daje mi słuszne rady: "Tomek strona www, wizytówka, flyer i socialising to podstawa, chłopie do roboty jeśli myślisz o tym poważnie", potakuje i idziemy dalej, dopada nas zięciu Pana kierowcy i jego towarzysz, szef okolicznego studio. I "de ja vu" znowu błyszczę w oczach zainteresowanego szefa studia i czuję się co najmniej jak bez języka i rąk, nie wiem co mam powiedzieć i co robić. Kolega kierowca wyciąga mnie z opresji i uśmiecha się. Rzucam kubek z resztką zimnej kawy(i tak mi nie smakowała) i spadam do domu.
Cały dzień czułem się beznadziejnie. Przez noc zamiast spać, zagoooglowałem badając co, jak i gdzie, po czym po krótkiej analizie doszedłem do prostego wniosku: k....a mać muszę się wziąć do roboty i zabrać za promocję własnej osoby, a więc koniecznie strona po angielsku na serwerach UK, koniecznie mnóstwo oryginalnych wizytówek, parę ulotek typu Z-card i najtrudniejsze, muszę bywać tam gdzie mam szansę na kontakty i zlecenia - pokazy, wystawy, wernisaże, szkolenia, darmowe promocje i prezentacje, uff sporo tego, ale powoli.
O mocy tych 4 elementów przekonał mnie lokalny fotograf, który dwa dni później otworzył studio na głównej ulicy w miasteczku w którym mieszkam. Z ciekawości wszedłem, najpierw obserwowałem (plik wizytówek zmniejszał się co 10 minut), potem pogadałem i wyszedłem... z jeszcze większą depresją :)
Czoło do góry i niebawem napiszę co dalej.
ps. tydzień później zięciu Pana kierowcy podsyła mi ciekawego maila, pisze co i gdzie i jak zrobić - tak informacyjnie w razie gdybym nie był lokalnie zorientowany i podaje adres pewnego studia, którego właściciel słynie z "mentoringu" i opieki nad młodymi talentami fotograficznymi. He he jest nadzieja!
piątek, 21 października 2011
Zmiany w torbach
No więc jak wspomniałem w poprzednim poście sporo zmian zaszło w moim życiu, a także w moich torbach.
Zasadniczy plan na ten rok zakładał zdobycie Nikona D3 i byłem już bardzo blisko kiedy... zaczął się sypać mój samochód. Niestety nie warto było pakować kasy w kolejne naprawy, tak więc mój Audi (A4, rok 97, 1.8 benzyna) musiał zostać sprzedany i zastąpiony czymś innym. Tak więc część kasy przeznaczonej na wymarzoną lustrzankę poszedł w cholerę. Stare Audi zastąpiło... nowe Audi (A4, 2003 2.0 Sport)
Natomiast zamiast Nikosia D3 wystarczyło tylko na... Nikona D300s nici więc z pełnej klatki w tym roku, marzenia przenoszę więc na nowy rok 2012, może się uda.
No więc oprócz Nikona D300s, pożegnałem się z Nikonem D60 oraz z dwoma kitowymi obiektywami 18-55 VR i 18-135. D80 nadal pozostaje w torbie jako back-up dopóty nie kupię wymarzonego "full frame'a".
W kwestii komputerowej pożegnałem się z moim staruszkiem Asusem A3H. Nadal pozostawiłem sobie Asus'a X58L (jako back-up), natomiast nowym nabytkiem jest kolejny Asus K53E w gustownym kolorze 'navy blue' - na zdjęciu poniżej.
Do końca roku planuję jeszcze jeden zakup tj. porządny i solidny statyw z głowicą kulową lub gimbalową. Pod uwagę biorę coraz słynniejsze w Polsce marki: GoldPhoto, Triopo lub Sirui.
Zasadniczy plan na ten rok zakładał zdobycie Nikona D3 i byłem już bardzo blisko kiedy... zaczął się sypać mój samochód. Niestety nie warto było pakować kasy w kolejne naprawy, tak więc mój Audi (A4, rok 97, 1.8 benzyna) musiał zostać sprzedany i zastąpiony czymś innym. Tak więc część kasy przeznaczonej na wymarzoną lustrzankę poszedł w cholerę. Stare Audi zastąpiło... nowe Audi (A4, 2003 2.0 Sport)
Natomiast zamiast Nikosia D3 wystarczyło tylko na... Nikona D300s nici więc z pełnej klatki w tym roku, marzenia przenoszę więc na nowy rok 2012, może się uda.
No więc oprócz Nikona D300s, pożegnałem się z Nikonem D60 oraz z dwoma kitowymi obiektywami 18-55 VR i 18-135. D80 nadal pozostaje w torbie jako back-up dopóty nie kupię wymarzonego "full frame'a".
W kwestii komputerowej pożegnałem się z moim staruszkiem Asusem A3H. Nadal pozostawiłem sobie Asus'a X58L (jako back-up), natomiast nowym nabytkiem jest kolejny Asus K53E w gustownym kolorze 'navy blue' - na zdjęciu poniżej.
Do końca roku planuję jeszcze jeden zakup tj. porządny i solidny statyw z głowicą kulową lub gimbalową. Pod uwagę biorę coraz słynniejsze w Polsce marki: GoldPhoto, Triopo lub Sirui.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



